newsletter

Zimowy Janosik 2019 – Spacer Murgrabiego – relacja

Zimowy Janosik 2019 - Spacer Murgrabiego - Stary's Diary

Zimowy Janosik to impreza, którą każdy kto brał w niej udział ciepło wspomina i namawia na nią znajomych. Tak było ze mną. Zostałem namówiony przez Bidona, trochę protestowałem, ale finalnie się zgodziłem. Spacer Murgrabiego był dla mnie całą ekspedycją pod kątem uzupełnienia braków w sprzęcie oraz samej logistyki dotarcia na miejsce i powrotu. Przy tym wszystkim sam bieg był tą sławną truskawką na torcie, jak mawia Tomek Hajto. Truskawką zmrożoną, którą wcale nie jest łatwo szybko połknąć. 

Logistyka

Na Zimowego Janosika wybierałem się bez rodziny. Samemu nie opłacało mi się jechać swoim samochodem, a na ogłoszenia typu BlaBlaCar było trochę za późno. W grudniu lekko odpuściłem z treningiem, przez co nad wyjazdem wisiał lekki znak zapytania. Kiedy poczułem, że pomimo przerwy dam rade zacząłem kombinować jak się dostać do Szczawnicy, gdzie miałem przenocować. Połaczenia PKP/FlixBus zajęłyby mi wieczność. Ogarnąłem to za pośrednictwem BlaBlaCara i uprzejmości Bidona, który przechwycił mnie w Nowym Targu. Nie będę zanudzał jak mi szła droga, skupmy się na zawodach. Chciałem tylko zaznaczyć, że był to ciekawy trip, inny niż zazwyczaj.

Zimowy Janosik – bieg

Na tydzień przed startem chyba wszyscy uczestnicy uważnie śledzili komunikaty płynące ze strony Zimowy Janosik na facebooku. Śnieg nie dawał o sobie zapomnieć. Dwa dni przed przyszła oficjalna informacja, że dwa najdłuższe dystanse zostaną skrócone. Spacer Murgrabiego uszczuplał finalnie o około 8 kilometrów. W autokarze wiozącym nas na start zlokalizowany po słowackiej stronie śmialiśmy się, że Spacer Murgrabiego to bieg ultra na dystansie mniejszym niż maraton. Żarty żartami, ale trzeba przyznać organizatorom pełen profesjonalizm i odpowiedzialność za bezpieczeństwo swojej ekipy oraz zawodników. Poza bezpieczeństwem organizator zadbał również o pogodę. Przy dość pochmurnym piątku sobota okazała się bardzo słoneczna, a to uwydatniło całe piękno krajobrazu, po to by w niedzielę znowu zapaść się w szary kolor. Pogoda na zamówienie.

Pobudka

Wstaliśmy o 4:20, żeby ogarnąc śniadadanie i dotrzeć na 6:00 rano do Niedzicy. Tam czekały na nas autokary, które wywiozły nas na start do słowackiego Zdiaru. Nie obyło się bez lekkiej obsuwy i finalnie byliśmy na miejscu niecały kwadrans po siódmej. Zostaliśmy odrazu wygonieni na start. W panice wszyscy załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne gdzie tylko mogli. Ostatnie komunikaty nadawane megafonem przez organizatora, szybkie podskoki, aby nabrać trochę temperatury, bo wypad z cieplutkiego autokaru na jakieś minus dwanaście stopni można porównać to waterboardingu fundowanego przez CIA. Wystartowaliśmy.

W górę!

Niestety, ale większość górskich biegów rozpoczyna się odrazu z wysokiego “c”. Podbiegiem. Z jednej strony wiadomo, żeby biegać w górach, trzeba przynajmniej kawałkami biec do góry. Na przeszywającym mrozie i bez rozgrzewki start okazał się dość intensywny. Mój organizm długo sie otwiera. Potrzebuję chwili albo dobrzej rozgrzewki. Taki strzał zawsze powoduje, że potrzebuję więcej czasu, żeby wskoczyć na właściwe obroty. Zerkam na zegarek, ten zlicza kolejne metry w górę. Kilka zawijasów, po przygotowanym podłożu i jesteśmy przy Chodnik v Korunach Stromov, czyli Spacerze w Koronach Drzew.

Tutaj trzeba nadmienić, że informacja o zakazie stosowania raczków lub butów z kolcami przyszła późno. Jeśli się nie myle pierwsze info było zawarte w jednym z filmików informujących o warunkach i trasie, a druga w mailu informacyjnym przed zawodami. Jeśli ktoś miał raczki, to nie problem, gorzej jak ktoś zabrał jedynie buty z kolcami. Rozumiem, że to z troski o to, żeby właściciel obiektu nie był stratny. Taka ekipa biegaczy wyposażonych w ciężki sprzęt mogłaby roznieść drewnianą nawierzchnie niczym krety boisko jakiegoś B-klasowego zespołu z Podkarpacia. Na względzie też trzeba mieć zawodników, do których ta informacja nie dotarła. Jeśli ktoś przyjechał z jedną parą butów – z kolcami – to niestety musiał odczekać na dole, aż osoba biegnąca za nim obleci cały Spacer. Na górze wieży widokowej była pani fotograf, która robiła pamiątkowe zdjęcia dla chętnych. Bardzo miły akcent.

Miłe złego początki

Nie ma co, zabłysnąłem. Już wbiegając na drewnianą posadzkę, na pierwszym zakręcie, zaraz za bramkami wejściowymi… miałem bliskie spotkanie z podłogą. Śliskie drewno, pokryte cieniutką warstwą lodu i moje Inov-8 Terraclaw 250, które posiadają podeszwę z twardej mieszanki, a ta nie lubi współpracować z nienaturalnym podłożem i odwdzięcza się brakiem przyczepności. Szybko się pozbierałem i w długą na górę. Zbiegając powtórzyłem ten wyczyn. Szczęśliwie bez konsekwencji. Nawet bez siniaczka jak prawdziwy Zimowy Janosik.

Dalej droga była potraktowana ratrakiem. Stopy niekiedy zapadały się po kostkę. Biegło się niczym po świeżo zmienionej pościeli. I tak kilometr za kilometrem. Pierwsze dwanaście kilometrów było delikatnie pofałdowane. Kiedy już złapałem odpowiedni rytm spokojnie pochłaniałem kolejne podbiegi. Bez pośpiechu. Nie nastawiałem się w tym biegu na nic poza wycieczką biegową, a dodatkowo nie mogłem oderwać oczu od majestatu zaśnieżonych Tatr. Dobiegłem do pierwszego mini bufetu, który był malutką niespodzianką. Dolałem sobie herbatki i ruszyłem w dół.

Tutaj trasa była już bardziej dzika, ale wciąż swobodna do biegu. Przez chwile zacząłem myśleć, że organizator chyba straszył z tymi warunkami. Byłem na dziewięcio kilometrowym zbiegu, lecąc sobie w dół tempem około 5 minut na kilometr. Kiedy na zegarku licznik dystansu zbliżał się do półmaratonu pomyślałem sobie, że jak tak ma wyglądać cały bieg to pełen luz.

Zimowy Janosik

Jednak organizator nie kłamał

Dobiegam do pierwszego bufetu. Mam już w nogach sporą część drugiego podejście. Nie było wcale tak luźno! Szlak okazuje się niezbyt biegalny. Śniegu do połowy piszczela, miejscami więcej. Wąska i miejscami mocno stroma trasa. Teraz już wiem, że dalej może być równie ciekawie, a Zimowy Janosik jest rzeczywiście zimowy…

Dolewam herbatki, przegryzam banana. Lekko poprawiam sobie układ rzeczy w plecaku i lecę. Na bufecie, gdzie trasa biegu łączyła się jeszcze z wyścigiem 20+. Zawodnicy z tego biegu byli lżejsi o kilka kilometrów od nas z Murgrabiego, toteż dyktowali wyższe tempo. Warunki biegowe wcale się nie polepszały. Szczególnie w gęściej zalesionych fragmentach trasy szliśmy gęsiego w suchym i sypkim jak towar Escobara śniegu. Całe szczęście, że start nie odbywał się wraz z początkami odwilży. Gdyby śnieg zaczął zamieniać się w wodę moje ciuchy z pewnością zamieniłyby się w gąbki. Na stopach miałem wodoodporne skarpety DexShell, które pomimo tego, że pod stuptutami zebrało mi się sporo białego szaleństwa robiły swoją robotę. Gorąco polecam!

Kolejne kilometry nie znikały tak szybko jak pierwsze dwadzieścia. Droga się dłużyła, a my gęsiego brodziliśmy w zaspach. Gdzie można było, to biegłem, choć takich fragmentów było jak na lekarstwo. Około 30km zaaplikowałem magnezowego shota. Prewencyjnie.

Dopóki walczysz jesteś Janosikiem

Zimowy Janosik

Mały kryzys

Dwa kilometry później, tuż przed kolejnym bufetem żałowałem, że nie zrobiłem tego ciut wcześniej. Czułem lekki kryzys. Bardziej mentalny, miałem już dość śniegu i skipów A do końca roku. Na szczęście nie łapały mnie skurcze, ale czułem w nogach kamień. Uda zrobiły się twarde, jakbym miał buty z betonu i stał na skraju mostu. Na punkcie zjadłem zupkę, kabanosa, dolałem sobie herbatki i wrzuciłem dwie tabletki HydraSalt od ALE. Jakieś dwa kilometry dalej poczułem, że nogi puszczają i zaczyna mi się biec ciut lepiej. Głowa też zaczęła współpracować. To był kryzys light, ale zawsze to kryzys.

Na rozstaju dróg

Jakiś kawałek biegłem już na w miarę ubitej trasie. Nogi prowadziły się zupełnie inaczej. Czułem ewidentną ulgę od zasp i gimnastyki. Dobiegłem do mini bufetu zlokalizowanego, jak głosiła tablica 5km od mety. Ów tablica zawierała dwa znaki informujące o trasie. Spacer Murgrabiego miał 5km w innym kierunku niż pozostałe, bodajże dwa biegi, które były oddalone od mety o ten sam dystans. To rozwidlenie pozostawiło we mnie pewien niesmak. Widok zawodników i zawodniczki z czarnymi numerami startowymi, którzy porównujac widoczny fragment obu tras wybierają tą, która ich nie dotyczy. To było słabe, bo trasa innych biegów prowadziła ubitym, szerokim szlakiem.

Ja wbiłem się zgodnie z kierunkiem trasy co nagrodziło mnie jakimiś dwoma kilometrami w wiadomych warunkach. Obracałem się do tyłu, ale nie widziałem nikogo. Na otwartej polanie czułem się jak ostatni człowiek na ziemi. Dopiero przy końcu zobaczyłem w oddali jedną postać, która wybiegła na polanę – prawdziwy Zimowy Janosik! Nie walczyłem o podium, ale w przypadku takiej organizacji trasy powinien być rozstawiony kontrolny pomiar czasu ewidencjonujący kto Janosik, a kto troszeczkę mniej. Widziałem zdziwienie innych współzawodników, którzy na połączeniu szlaków zobaczyli mnie (nie ubranego na biało, choć mogłem) wybiegającego z jakiegoś dziwnego kierunku. Trudno.

Ostatnie kilometry

Ostatnie kilometry Zimowego Janosika to była już bułka z masłem. Ulga na sercu i w głowie. Wbiegam do miasteczka. Fragmenty asfaltu dają o sobie znać. Jednak aparat ruchowy po 40km biegania po puchowej pierzynie szybko się do niej przyzwyczaja. Bieg przez tamę w Niedzicy robi wrażenie. Panorama zalewu otoczonego górami w zimowej scenerii przyprawia o gęsią skórkę. Z jednej strony napawam się ostatnim widokiem, a z drugiej cieszę się, że to już koniec. Zostały mi tylko schody w dół i wbiegam do hali.

Na mecie nikt mnie nie zauważa, bo akurat ona powiedziała “tak”. Gratulacje narzeczonym 🙂 Odbieram wodę i piwko i kieruje się dalej. Zgarniam imienny medal – znowu szacunek dla organizatorów i wyruszam na poszukiwania Bidona. Siedzi na środku hali i zapija herbatkę. Dołączam i zaczynamy rozmawiać o przebiegu. O dziwo, czuje się dobrze. W gruncie rzeczy mógłbym jeszcze biec.

Zimowy Janosik – wrażenia

O sile tego biegu świadczy atmosfera i uczestnicy.  Ta społeczność jest przyjazna, miła, ufa, kibicuje i wspiera organizatorów czego nie można doświadczyć nie tylko na kilkunasto tysięcznych festynach biegowych organizowanych w największych miastach, ale także na niektórych biegach górskich. Tak jak wspomniałem na wstępie – popularność Zimowego Janosika polega na rekomendacjach finiszerów. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że jest to jeden z piękniejszych biegów, a na pewno najpiękniejszy bieg zimowy. Magia zaśnieżonych Tatr uśmierza palący ból w udach. Zapraszam wszystkich do oficjalnej galerii zdjęć dostępną pod tym linkiem.

Cały festiwal jest zapięty na ostatni guzik i nawet mimo tego jednego niesmaku z rozwidleniem dróg nie ma sensu się do niczego przyczepiać. Było pięknie, sportowo, zimowo i lecąc jak nosacz – nie za łatwo, nie za trudno. Pryma Sort!

Jeśli zdrówko pozwoli to Zimowy Janosik wpiszę na stałe jako rozpoczęcie biegowego sezonu. Bo w 2020 będę tam na pewno! Hej!

Newsletter

Zapisz się do newslettera, żeby być na bieżąco!

Same konkrety, zero spamu! :)