newsletter

Szuter Master Mazowsze – relacja

Pierwszy start w 2021 roku!

Nadszedł w końcu ten czas, że pozwolono znowu gdzieś wystartować. Kiepski żart, ale cóż poradzić. O imprezie Szuter Master – paradoksalnie – dowiedziałem się po odwołanej w 2020 roku, biegowej Łemkowynie Ultra Trail. Wymieniłem wówczas moje wpisowe na vouchery na starty w Szuter Masterze. Z ogromną chęcią pojechałem na pierwszą edycję tegorocznego cyklu czyli Szuter Master Mazowsze.

Nie ukrywam, że Szuter Master to moje drugie zawody rowerowe w życiu. Dotychczas startowałem jedynie w Śnieżka Uphill Race w 2015 roku. To także pierwsze zawody gravelowe. Bardziej istotnym dla mnie jest fakt, że na ten rok zaplanowałem kilka imprez, które stanowią fundament moich przygotowań do Great Lakes Gravel. Szuter Master Mazowsze jest pierwszą z nich, a także pierwszą z trzech tegorocznych edycji, na które się zapisałem. Niestety, ale wszystko wskazuję na to, że jedną z nich – Suwalszczyznę – będę musiał odpuścić. Także z przesympatyczną ekipą organizatora spotkam się jeszcze na Ziemi Kłodzkiej pod koniec lipca.

Szuter Master Mazowsze

Organizacyjne tajemnice

Wyścig okazał się dość kameralną imprezą. Na mój dystans, czyli wersji długiej, zapisało się 89 uczestników. Biuro zawodów zlokalizowane było w Celestynowie. Dla niewtajemniczonych dodam, że Szuter Master ma dość ciekawą formułę. O dokładnej trasie dowiadujemy się niespełna 12h przed startem. Wcześniej dostajemy jedynie lokalizację biura zawodów oraz kilometraż i sumę przewyższeń na każdej z tras (każda edycja ma trasę krótką i długą). Więc do wspomnianego Celestynowa jechałem wiedząc jedynie to, że zmierzyć będę się musiał z trasą o długości 152 kilometrów i liczącą niespełna 500 metrów przewyższeń.

3, 2, 1… start!

W dniu startu pogoda nie rozpieszczała . Kiedy na parkingu szykowałem rower zastanawiałem się czy na baselayer i koszulkę narzucić bluzę, czy postawić na zestaw z rękawkami. Wybrałem rękawki i kamizelkę. Z początku nie mogłem się dogrzać, później ten zestaw okazał się całkiem wydajny. Dyskomfort miałem z dłoniami. Niestety na mojej checkliście nie wpisałem rękawiczek, przez co nie zabrałem ich ze sobą. Mimo to, nie narzekałem na regulację temperatury. Tym razem chciałem polecieć na lekko, czyli wziąć jak najmniej ekwipunku. Na całe szczęście, zabrałem ze sobą deszczówkę. Deszcz zaszczycił mnie co prawda na 10 minut, ale solidnie wychłodził.

Na pierwszych kilometrach uformowała się z nas grupka czterech osób i tak lecieliśmy. Czasem kogoś dogoniliśmy, lub ktoś dogonił nas, a ktoś się odłączył. Starałem się zawsze kogoś trzymać, bo trasa na Szuter Master nie jest oznakowana. Wiadomo, co dwie głowy to nie jedna więc uzupełnialiśmy się w kwestii nawigacji, bo kiedy się sunie po trasie łatwo się zamyślić i przejechać zakręt.

Mniej piachu!

Szuter Master Mazowsze na długim dystansie oferuje zróżnicowaną trasę pod względem nawierzchni. Bywało tak, że 10 kilometrów przebiegało całkiem sprawnie, a kolejne kilometry wchodziły bardzo opornie. Według Komoot blisko 28 kilometrów to nawierzchnia asfaltowa. Co ciekawe, to asfalty były naprawdę dobrej jakości.

W okolicach 30 kilometra zaczęła się mordęga, która trwała praktycznie do pierwszego punktu odżywczego zlokalizowanego na 54 kilometrze. Odcinek można porównać do jazdy po nadmorskich wydmach czy plaży. Długie odcinki kopnego piachu nie dawały przyjemności z jazdy. Zaliczyłem dwie gleby spowodowane tym, że moje przednie koło zatopiło się nagle w piasku. Było blisko, żebym zgubił GoPro, ale udało mi się zorientować szybko i uniknąć strat materialnych. Na szczęście niektóre z piaszczystych odcinków można było ominąć udeptaną ścieżką biegnącą tuż obok. Gorzej bywało w miejscach, gdzie tej ścieżki nie było i jedynym rozwiązaniem było przeprowadzenie roweru. Za pierwszym bufetem ilość piaszczystych odcinków malała i na moim Wahoo kilometry zaczęły się nabijać troszeczkę szybciej.

Kilka kilometrów za bufetem połączyliśmy się w około 7 osób i lecieliśmy taką grupką. Skład lekko się rozciągał lub modyfikował. W pewnym momencie, jak dobrze pamiętam gdzieś od 60 kilometra leciałem z poznanym na trasie Grzegorzem (pozdrawiam jeśli to czytasz) i tak też dojechaliśmy do mety. Z Grzegorzem udało się nawet zrobić kawkę na stacji benzynowej i to był świetny pomysł. Kawa postawiła na nogi przez co dalej jechało się dużo lżej. Z resztą ekipy co rusz wymijaliśmy się po drodze, spotykając się na kilka kilometrów przed metą w niemalże niezmienionym składzie.

Na trasie Szuter Master Mazowsze nie można się nudzić. Pomimo, że cała trasa jest relatywnie płaska i nie ma długich i męczących podjazdów to niestety trzeba się koncentrować na omijaniu dziur. Tak jak wspomniałem asfalty były super, ale brakowało mi też trochę przyjemności z jazdy po dobrym szutrze. . Nie ma co narzekać, bo to nie zawody szosowe, ale przecież nic tak nie koi uszu jak dźwięk szutru spod opon. Gdybym miał wybierać to i tak wolę omijać dołki w drodze, niż walczyć z piachem 😜. Na pewno trochę świeżości przyniósł odcinek tak zwanych singli nad Świdrem. Nie chciałbym być odebrany jako malkontent, to przecież nie konkurs baletowy. Takie trasy również dają cenne doświadczenie i możliwość sprawdzenia swojego przystosowania. Z czysto wycieczkowych aspektów, również nie uświadczymy pięknych panoram, gdyż głównie lecimy lasami.

Szuter Master Mazowsze – podsumowanie

Po wyścigu bardziej czułem obolałą górną część ciała niż zmęczenie w nogach. Slalomy i ciągłe skupienie po czym się jedzie było konieczne jeśli chciało się w zachować wszystkie koronki w zębach 😋. Nie zmienia to faktu, że jestem zadowolony ze swojej dyspozycji. Udało mi się znaleźć dobrą ekonomię jazdy. Nie żyłowałem w żadnym miejscu. Oczywiście można było tam trochę bardziej docisnąć co łatwo wnioskuję po wykresie swojego HR. Skupiłem się na takich podstawowych aspektach jak uzupełnianie płynów i paliwa. Przejechałem dystans bez żadnego kryzysu, a na mecie w nogach wciąż było jeszcze siły na dalszą jazdę. To mnie cieszy, bo po ostatniej wyprawie w rejony Milicza miałem trochę ciężko pod koniec, ale wtedy moje Rondo było obładowane niczym wielbłąd w karawanie.

Tak jak wspomniałem na wstępie starty przed Great Lakes Gravel traktuje jako poligon doświadczalny w kwestii sprzętu, taktyki, szkolenia techniki jazdy i przede wszystkim oswajaniem się z ekonomiczną jazdą długiego dystansu. Na pracę nad prędkością przyjdzie jeszcze czas.

Na mecie czekała na nas super ekipa organizatorska, która zadbała o konkretny poczęstunek na mecie. Zamiast medali było sygnowane, szutermasterskie piwo. Zamieniliśmy kilka słów z organizatorami, zjedliśmy, wypiliśmy kawę i nadszedł czas pakować graty i jechać każdy w swoją stronę.

Patrząc po wynikach uplasowałem się na 53 pozycji OPEN oraz jako 49 mężczyzna. Zawody ukończyło 68 osób. Czy będę chciał wrócić na tą trasę? Niekoniecznie. Za to na pewno z chęcią wystartuję na kolejnej imprezie spod szyldu Szuter Master – Ziemia Kłodzka. Jestem ciekaw co tam szykuje organizator.

Na koniec zachęcam do obserwowania na YouTube, Instagramie i Facebooku 🙂

Mój film z Szuter Master Mazowsze 2021

Newsletter

Zapisz się do newslettera, żeby być na bieżąco!

Same konkrety, zero spamu! :)